100 km wpław przez Bałtyk.

Rozmowa z Sebastianem Karasiem

Jako jedyny człowiek na Ziemi przepłynął wpław Bałtyk. 28 sierpnia 2017 roku, pokonał dystans 100 km z Kołobrzegu na wyspę Bornholm w ciągu 28 godzin i 30 min. Przepłynął również Kanał La Manche i zdobył 50 medali Mistrzostw Polski. Teraz chce zostać Mistrzem Świata w prestiżowych zawodach triathlonowych. 

Czy po swoich pływackich osiągnięciach znalazłeś dla siebie nowe wyzwanie? Po tym jak przepłynąłeś 100 km, mówiłeś, że musisz pomyśleć co dalej. Będzie większy dystans?

Zmieniłem dyscyplinę na triathlon. Potrzebowałem czegoś, co będzie niezwykle ekscytujące, będzie wyzwaniem, do którego

mogę dążyć codziennie. Z jednej strony chciałem czegoś nowego, z drugiej nie widziałem już

sensu w wydłużaniu dystansów do pobicia.

Już samo przepłynięcie 100 km było wysoką poprzeczką. Jednak żeby coś robić trzeba po prostu chcieć, trzeba mieć cel, który jest inspirujący, coś do czego się dąży. To odnalazłem w triathlonie.

A czy nie jest tak, że przepłynięcie wpław Bałtyku, było zbyt dużym wyzwaniem i ryzykiem?

Oczywiście, taka próba była obarczona ryzykiem, chociażby dla zdrowia – w końcu niespanie i intensywny wysiłek przez 30 godzin ma swój wpływ na organizm. Ale triathlon to też nie jest rekreacja. Jeśli podchodzi się do tego poważnie, to codziennie organizm poddawany jest ciężkim próbom. Obciążenia są takie,

że balansuje się na granicy kontuzji.

Przecież wszędzie mówią, że sport to zdrowie!


Haha! To prawda, ale głównie ten rekreacyjny, kiedy trenujemy amatorsko. Profesjonalne uprawianie sportu na pewno ma lepsze skutki, niż leżenie na kanapie i picie piwa, ale niestety nie jest w 100 % zdrowe.

Jednak każdy sportowiec chce wykrzesać z siebie maksimum,często nie zwracając uwagi na skutki uboczne, chęć zwyciężania jest ogromna. Tak było przy pokonaniu wpław Bałtyku- wiedziałem, że jest

to niebezpieczne, jednak bardzo zależało mi na tym, aby zapisać się w historii jako pierwszy człowiek

na świecie, który przepłynie 100 km na Morzu Bałtyckim. I to było moją motywacją.


Sam mówisz, że cel jest najważniejszy. Jaki w takim razie jest Twój w 2019 roku?


Przede wszystkim wydłużyłem dystans. W zeszłym roku startowałem głównie na sprinterskim i Olimpijskim – czyli 1,5 km pływania, 40 km na rowerze i 10 km biegu. Jak na pierwszy rok w triathlonie poszło mi naprawdę dobrze. Nie chcę robić jednak wszystkiego od razu. Mam założoną perspektywę 3 lat – w 2020 roku chcę zdobyć tytuł Ironmana, ale z jak najlepszym wynikiem. Celuję w zrobienie całej trasy

w granicach 8h. Czy się uda? Czas pokaże. W tym roku cel jest jeden, osiągnąć jak najlepszy wynik

na dystansie połowy Ironmana, tj. 1,9 km pływania, 90 km jazdy na rowerze oraz 21 km biegu. Chcę to zrobić w ok. 3h i 55 min, co jest ambitnym zadaniem jak na człowieka, który w tej „branży” jest dopiero od roku. Jeżeli ten wynik da medal na Mistrzostwach Świata w mojej kategorii wiekowej, to będzie wyśmienicie.

Ze sportem jesteś jednak związany od dzieciństwa. Jak to wszystko się zaczęło?


Od zwyczajnych, rekreacyjnych wyjść rodzinnych na basen. Razem z bratem, jak to dzieciaki, musieliśmy oczywiście w trakcie zabawy rywalizować i się ścigać. Widział to ratownik, który od razu zauważył, że nieźle sobie radzimy. Miałem 8 lat kiedy zapisałem się na zajęcia w klubie sportowym. Pamiętam szkolne zawody, gdzie na dystansie 25 metrów wyprzedziłem wszystkich o połowę basenu. Czułem się jak ryba w wodzie. Dosłownie. Systematyczne odnoszenie sukcesów, nawet niewielkich, sprawia, że człowiek się nakręca

i motywuje. Do czasów, nazwijmy je – seniorskich, wszystko szło dobrze i we właściwym kierunku.

Coś jednak musiało się wydarzyć, skoro zamiast na Igrzyskach Olimpijskich znalazłeś się w Bałtyku,

gdzie nie liczył się czas tylko dystans?

Wydaje mi się, że nastąpiła pewna stagnacja. W czasach juniorskich biłem rekordy, zdobywałem medale

i mistrzostwa. Nie rozpatruję tego w kategorii winy, czy pretensji, ale mam wrażenie, że mogłem wybrać lepiej, jeśli chodzi o sztab szkoleniowy. Obecnie będąc starszym i bardziej doświadczonym zawodnikiem oraz trenerem, wiem, że nie do końca trenowałem tak jak powinienem. Nie zakwalifikowałem się na IO

w Londynie i właśnie wtedy pomyślałem, że spróbuję sił w pływaniu długodystansowym. Potrzebowałem dalej rywalizacji.

W ten sposób przepłynąłeś m.in. z Gdyni na Hel, pokonałeś Kanał La Manche i zabrałeś się za Morze Bałtyckie. Skąd pomysł akurat na to, by popłynąć wpław na Bornholm?

To dość prosta historia. Urodziłem się w Elblągu, stąd do naszego morza mam duży sentyment. Popatrzyłem na mapę i zobaczyłem, że to akurat z Kołobrzegu wyjdzie równe 100 km na Bornholm. Pomyślałem od razu, że można popłynąć jeszcze dalej, do Szwecji – 160 km, ale tego przecież jeszcze nikt nawet nie spróbował! Gdyby ktoś już pokonał trasę Kołobrzeg – Bornholm, pewnie nawet bym się nie zastanawiał i wybrał dłuższy dystans.

Pierwsza próba się nie udała. Musiałeś przerwać ją ze względu na złe warunki pogodowe. Mimo to wróciłeś i zawalczyłeś ponownie. Jednak przez ponad 5 tygodni- dzień po dniu- musiałeś czekać na start

w ciągłej gotowości aż poprawi się pogoda.

Dla psychiki to chyba katorga?

Dzisiaj sam się zastanawiam jak to wszystko wytrzymałem. Chyba dlatego, że poświęciłem temu wyzwaniu 2 lata codziennej, ciężkiej pracy. To nie było jednak długie czekanie tylko dla mnie.Był ze mną cały czas sztab ludzi, jedni przyjeżdżali, inni wyjeżdżali, ale oni również czekali. Czułem mimo wszystko dużą presję, ponieważ zdarzały się sytuację, że w momencie gdy była ładna pogoda padały wciąż pytania: dlaczego nie płyniesz? Ja jednak potrzebowałem odpowiednich warunków przez 30 godzin,

a nie przez kilka. W końcu pojawiły się warunki

i mogłeś wypłynąć.

Kiedy płynie się bez odpoczynku przez ponad dobę muszą być chyba momenty kryzysowe? Jadłeś coś w ogóle?


Oczywiście. Miałem dwa poważne momenty kryzysowe, najpoważniejszy mniej więcej w połowie dystansu. Czułem, że mój żołądek przestał pracować, a ekipa, która płynęła obok mnie mówiła później, że byłem cały zielony na twarzy. Do tego momentu piłem rosół z makaronem i wszystko

było ok, jednak nagle pojawił się kryzys. Miałem straszny problem, by walczyć o kolejne metry.


Co się robi w takiej sytuacji? Telefon do dietetyka na pełnym morzu?


Na szczęście na pokładzie statku płynącego cały czas obok był ratownik, który dobrze zna mój organizm. Zaproponował by podano mi burgera- taki manewr sprawdził się już w kilku sytuacjach. Wołowe mięso świetnie zadziałało, poczułem przypływ mocy. Wyprzedzę twoje pytanie; tak, płynąc

da się jeść, karmili mnie nawet pizzą! Po prostu płyniesz wtedy na plecach, pracujesz nogami,

a rękami wydzielasz porcje jedzenia. 



I tak zostałeś pierwszym- jak na razie jedynym człowiekiem na świecie, który przepłynął

wpław Bałtyk. Trenujesz od wielu lat po kilka, czasem kilkanaście godzin dziennie. Jak ma

się zmotywować Kowalski, który ma problem by ruszyć się dwa razy w tygodniu?


Brak czasu to tylko wymówka, zawsze można znaleźć 30 minut w ciągu dnia na ćwiczenie. Wcale

nie trzeba chodzić na basen czy siłownię. Dla zdrowotności dwa, trzy razy w tygodniu to nie problem.

Bardzo fajnie jest motywować się przez cel, np. start w zawodach, nawet kompletnie amatorskich. Mimo wszystko wtedy do czegoś dążymy, bo przecież chcemy wypaść jak najlepiej. Przyklejamy

na lodówce kartkę z datą zawodów lub np. liczbą kilogramów, które chcemy osiągnąć, a kartka nieustannie przypomina nam o tym. Ja np. wiem, że jak poddam się raz i odpuszczę, to łatwiej

będzie się poddać następnym razem. Dlatego nigdy tego nie zrobiłem. Polecam tę zasadę każdemu. Dawać z siebie 100%!    


Rozmawiał Marcin Mazur

Być może zainteresują Cię także…