500 mil karaibskiej żeglugi

500 mil karaibskiej żeglugi

“Marzenie od lat… Piękne pocztówki, bezkresny lazur wód, zapierająca dech w piersiach natura, opowieści o piratach, drinki na bazie lokalnego rumu, z dodatkiem słodkich, dojrzewających w okołorównikowym słońcu owoców oraz nowoczesne Katamarany. Skuszeni wyobrażeniami, po kilku rejsach europejskich zapadła decyzja, w nadchodzącym roku – Karaiby!

Przygotowań czas – dokładnie pół roku

Załoga (a nawet trzy – pełne – czyli 10 osób, na każdym z trzech jachtów) zebrała się w mgnieniu oka. Później nic nie poszło już tak spontanicznie. Check lista wydawała się nie mieć końca: szczepienia (zalecane przeciwko durowi tzw. „chorobie brudnych rąk”), ważność paszportu, dostępność lotów, czarter jachtów, warianty ubezpieczeń, optymalne trasy żeglarskie oraz skompletowanie ekwipunku. Żeglarstwo, nawet w takiej strefie klimatycznej – to nie tylko stroje kąpielowe, ale również odzież przeciwwietrzna i przeciwdeszczowa na wypadek sztormu, mocne rękawice do ochrony dłoni w trakcie manewrów oraz wiele innych.

Finanse

Koszty samego wynajęcia jachtu to 700 EUR za osobę na tydzień, jednak dzięki temu odpadają wydatki na hotele i kwatery. 800 PLN to cena szczepień i zakupu leków, nawet tych „na wszelki wypadek” (np. antybiotyków i leków na malarię).Ubezpieczenie – z uwzględnieniem szkód dokonanych na mieniu po spożyciu alkoholu (wysokość kosztów za uszkodzenia jachtu przekonałaby każdego) to wydatek rzędu 900 PLN. Na loty trzeba przygotować pomiędzy 2 000 –

4 000 PLN. Dokonując rezerwacji z rocznym wyprzedzeniem – załapiemy się na niższy zakres cen.

Dodatkowo, musimy być przygotowani na uregulowanie kaucji zwrotnej za katamaran, w wysokości 5 000 EUR (500 EUR / os.). Kaucja ta powinna być zwrócona, jednak należy pamiętać o ważnej rzeczy. W trakcie odbioru jachtu skorzystajmy z usług oferowanych przez prywatnego nurka, który jest w stanie obejrzeć jachty„od spodu” i sporządzić dokumentację fotograficzną. Bardzo często zdarza się, że turyści są naciągani na dodatkowe koszty, z uwagi na „uszkodzenia kadłuba” czyli drobne rysy, które prawdopodobnie znajdowały się na jachcie już w momencie odbioru.

Warunki żeglarskie i klimatyczne

Wyspy Zawietrzne są mniej narażone na wiatry, które wieją głównie z północy. Wiatry miały być bardzo łagodne – spotkało nas jednak zaskoczenie, gdyż w trakcie kilku tras, głównie w początkowych fazach rejsu panowały warunki sztormowe (8°

w skali Beauforta). Wybierając wakacje na Morzu Karaibskim, trzeba być przygotowanym na kilka dni bardzo złego samopoczucia,nawet pomimo obiecujących prognoz.

Dodatkowym utrudnieniem na Karaibach jest słaba dostępność miejsc,w których można swobodnie kotwiczyć. Trasy muszą być dokładnie planowane, ponieważ szybko zapada noc. Była jednak sytuacja, w której nie zdążyliśmy dobić do portu i zostaliśmy zmuszeni do kotwiczenia oraz spędzania nocy „na dziko”, czyli na otwartym morzu. Całą noc towarzyszyło nam kołysanie, jeden jacht oderwał się od dna i zaczął dryfować,

z nieświadomą niczego załogą na pokładzie.

Koszty portowe i ceny żywności

Koszty samego wynajęcia jachtu to 700 EUR za osobę na tydzień, jednak dzięki temu odpadają wydatki na hotele i kwatery. 800 PLN to cena szczepień i zakupu leków, nawet tych „na wszelki wypadek” (np. antybiotyków i leków na malarię). Ubezpieczenie – z uwzględnieniem szkód dokonanych na mieniu po spożyciu alkoholu (wysokość kosztów za uszkodzenia jachtu przekonałaby każdego) to wydatek rzędu 900 PLN.

Na loty trzeba przygotować pomiędzy 2 000 – 4 000 PLN. Dokonując rezerwacji z rocznym wyprzedzeniem – załapiemy się na niższy zakres cen. Dodatkowo, musimy być przygotowani na uregulowanie kaucji zwrotnej za katamaran, w wysokości

5 000 EUR (500 EUR / os.). Kaucja ta powinna być zwrócona, jednak należy pamiętać o ważnej rzeczy. W trakcie odbioru jachtu skorzystajmy z usług oferowanych przez prywatnego nurka,który jest w stanie obejrzeć jachty„od spodu” i sporządzić dokumentację fotograficzną. Bardzo często zdarza się, że turyści są naciągani na dodatkowe koszty, z uwagi na „uszkodzenia kadłuba” czyli drobne rysy, które prawdopodobnie znajdowały się na jachcie już w momencie odbioru.

Jedna z dziesięciu

Z odwiedzonych wysp jedna zasłużyła na miano raju na ziemi. Z uwagi na rozerwany żagiel, byliśmy zmuszeni zatrzymać się na wyspie Mustique na 3 dni. To prywatna wyspa o wielkości niespełna 6 km 2, zamieszkiwana przez 500 osób, której przyroda dokładnie zgadza się z wyobrażeniami o Karaibach. Szerokie, lazurowe wybrzeże, ciepła woda, miękki, drobny, jasny piasek, żółwie lądowe (podobno w liczbie 3 razy większej niż liczba mieszkańców) oraz wszechobecny spokój. Nie bez powodu Tommy Hilfiger i Mick Jagger wybrali tę wyspę na ulokowanie swoich prywatnych rezydencji. Klimat jest prawie zupełnie bezwietrzny, a przybrzeżne wody są nazywane zatoką żółwi morskich. To jedyne miejsce, dla którego chciałabym powtórzyć wizytę na wyspach karaibskich. 

Nieważne gdzie, ważne z kim

Po spędzeniu 3 tygodni w różnych miejscach na Karaibach, jestem przekonana, że w podobnych cenach można spędzić urlop w dużo przyjemniejszych, bardziej urokliwych i spokojniejszych regionach. Innymi słowy – Karaiby moim zdaniem są odrobinę przereklamowane, zwłaszcza ze względu na stosunek ceny do oczekiwań i rzeczywistości.

Spodziewałam się raju na ziemi, a znalazłam go tylko w jednym z kilku odwiedzonych miejsc.

Dodatkowo, wybierając się na tak długi urlop pod żaglami – trzeba koniecznie pamiętać o doborze załogi, która musi się (co najmniej) tolerować – nie mówiąc o przyjaźnieniu. Spędzenie 3 tygodni, 24 godzin na dobę, na 100 m 2 z 9 innymi osobami, dla niektórych jest nie do przyjęcia. Jednak to właśnie załoga sprawiła, że nie żałowałam żadnego wydanego dolara i te ponad 20 dni stało się przygodą, którą będę wspominała z uśmiechem zapewne do końca życia.

Być może zainteresują Cię także…

Kto powinien pamiętać? Klient o nas, czy my o Kliencie?

Kto powinien pamiętać? Klient o nas, czy my o Kliencie?

Podpisanie umowy to często ostatni kontakt jaki mamy z Klientem. Jeśli nie dzwoni i nie pyta, można pomyśleć, że wszystko poszło dobrze. Czy tak jest rzeczywiście? Czy tak powinno być? Jeśli spotkanie z naszym Klient traktujemy jako jednorazową transakcję, to pierwsze zdanie tego tekstu powinno być prawdziwe. Jednakże takie podejście do Klienta i samej sprzedaży, może nas doprowadzić donikąd!

Jeśli Klient po podpisaniu umowy nie ma do niej zastrzeżeń, dobrze nam to wróży na przyszłość

i dalszą współprace. Jednak gdy chcemy z Klientem zbudować trwałe relacje, a dzięki temu ponowić sprzedaż lub uzyskać polecenie, musimy pamiętać o kilku zasadach. Jedna z najważniejszych mówi, aby o Kliencie pamiętać. Temu zagadnieniu poświęcimy naszą uwagę.

HISTORIA UMOWY

Jak tego dokonać?

Poniżej zaproponuję najprostsze rozwiązanie, jakim jest tzw. „historia umowy” (przyjmijmy na potrzeby artykułu taką nazwę). Jest to proste rozwiązanie, gdyż do jej prowadzenia może nam posłużyć zwykły kalendarz w wersji książkowej lub elektronicznej. Jest to uniwersalne narzędzie i może być zastosowane do każdego produktu: finansowego, ubezpieczeniowego lub świadczonej usługi, w której pojawia się element cykliczności. Potraktujmy nasze relacje z Klientem jako „wspólną historię”, opierając ją nie tylko o najważniejsze punkty jego umowy, ale także o najważniejsze wydarzenia w życiu zawodowym jak i prywatnym. Za start wspólnej historii przyjmijcie datę podpisania umowy, wyznaczcie najważniejsze daty z nią związane, jak np.: data dostarczenia i zakończenia usługi, pierwszej płatności, daty rocznicy w przypadku usługi wieloletniej. Dodatkowo określ daty, w których twoim zdaniem, powinieneś się z nim skontaktować. Może to być na przykład zapytanie, czy dotarł oryginał umowy.

WAŻNE DATY

Kolejny etap to wybranie dat związanych z samym Klientem, od daty powstania jego firmy, poprzez datę urodzin, a nawet i imienin. Jeśli twoje relacje z Klientem są na wyższym poziomie, pamięć o takich wydarzeniach jak urodziny dziecka, czy rocznica ślubu, też mogą być przydatne. Gdy kalendarz uzupełnisz o wszystkie najważniejsze daty, uzyskasz narzędzie do pracy pozwalające na stały kontakt z twoim Klientem. Coraz większa ilość takich wpisów do kalendarza, ułatwi nam niejednokrotnie szybsze przypomnienie sobie Klienta i podjęcie kolejnych kroków do współpracy. Niestety możemy także wpaść w pułapkę nadmiaru informacji i nie będziemy w stanie zapanować nad kalendarzem. Dlatego tak ważne jest, aby wszelkie informacje jakie zbieramy, były dla nas wartościowe. Pozostaje tylko kwestia organizacji całej „historii umowy”. To już od nas zależy czy będziemy korzystali z elektronicznej wersji kalendarza, czy książkowej. Pamiętajmy, że najważniejsze jest to, w jaki sposób będziemy otrzymywali przypomnienie o tych wydarzeniach. Na rynku istnieje dostęp do tak dużej ilość aplikacji i programów, że każdy z was zapewne znajdzie odpowiednie narzędzie dla siebie.

{{ brizy_dc_image_alt uid='wp-d94ff38a15c89d00868f2eb8d7b1754f' }}

Być może zainteresują Cię także…

Rozmowa z dr Ireną Eris

Rozmowa z dr Ireną Eris

Doktor farmacji, ikona przedsiębiorczości – założycielka Laboratorium Kosmetycznego Dr Irena Eris. Laureatka wielu nagród: Dama biznesu dziesięciolecia, 20. na liście najbardziej wpływowych kobiet w dziejach Polski, odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski – za wybitne zasługi dla rozwoju i promocji polskiej przedsiębiorczości.

{{ brizy_dc_image_alt uid='wp-933a0f937ee4444f5676a5b0eadab1a9' }}

Zdecydowała się Pani założyć własną firmę na początku lat 80- tych. Nie dość, że wtedy właściwie wszystkie przedsiębiorstwa były państwowe, to była Pani młodą kobietą – a to nawet

w 2019 rok nie ułatwia zadania. Jak zareagowała Pani rodzina

i znajomi, gdy dowiedzieli się, że rezygnuje Pani ze stabilnej pracy na etacie w zakładach Polfy

w Warszawie?

Byłam farmaceutką, mąż inżynierem. Mieliśmy swoje plany życiowe – zdecydowanie powiązane

z wykształceniem. Na początku naszego małżeństwa, w ogóle nie myśleliśmy o biznesie. O tym

w znacznej mierze przesądził zbieg okoliczności. Po studiach zaczęłam pracę w warszawskiej Polfie,

w Zakładzie Badawczo-Wdrożeniowym. Wydawało mi się, że będę tworzyć coś ciekawego, coś nowego. Miałam doktorat berlińskiego Uniwersytetu Humboldta, znałam dwa języki. Myślałam, że w tej firmie będę zdobywała świat, prowadziła zaawansowane badania, a spotkał mnie zawód. To była po prostu praca poniżej aspiracji. Czułam się niedowartościowana. Rozglądałam się więc za jakąś inną pracą.

W Polfie mówiono mi, że jeśli cokolwiek pójdzie nie tak, oni chętnie znów mnie do siebie przyjmą. Czyli można powiedzieć, że istniał plan B– jeśli cokolwiek pójdzie nie tak, miałam gdzie wrócić. W jakimś stopniu to uspokajało w podjęciu decyzji, tym bardziej, że wspierał mnie też mąż. Z jednej strony bardzo chciałam w końcu robić coś z pasją i rozwijać się, z drugiej – była w nas spora obawa, że może robimy sobie niepotrzebne nadzieje? Część znajomych nas podziwiała i trzymała kciuki, ale wielu też mówiło wprost, że nigdy by się na taki ruch nie zdecydowali. Choć też nie było tak, że jednego dnia zwolniliśmy się z pracy oboje. Najpierw ja odeszłam z Polfy. Gdy rozpoczynałam własną działalność, mąż jeszcze przez jakiś czas pracował w ministerstwie. Mieliśmy siedmioletnie dziecko, więc musieliśmy z czegoś żyć – nie sposób było przewidzieć, czy ta nowa działalność nam się rzeczywiście rozwinie, tak jak tego pragnęliśmy. Mąż od początku, już po godzinach, pomagał w tym, na co mi, zajętej całe dni

w laboratorium nie starczało czasu – wspierał mnie m.in. w załatwianiu spraw formalnych w urzędach, zajmował się sprzedażą do sklepów tego, co wyprodukowałam. Ta firma rodziła się z marzeń

i podskórnie czuliśmy, że nam się uda.

W jaki sposób przeprowadziła Pani firmę z czasów socjalizmu do kapitalizmu? To przecież system, którego my z autopsji właściwie nie znaliśmy. Czy te przemiany gospodarcze odbierała Pani jako szansę, czy zagrożenie?

PRL był w ramach RWPG głównym producentem kosmetyków. Spora część produkcji państwowych Fabryk Zjednoczenia „Pollena” trafiała przecież do krajów ościennych. Mieliśmy niezłych specjalistów i know-how. No i chłonny, ale z wielkimi niedoborami rynek. Wśród Polek powszechna była świadomość, że dbanie o dobrą kondycję skóry jest istotne, a krem jest czymś w rodzaju produktu pierwszej potrzeby. PRL zahartował polskich, prywatnych przedsiębiorców. Kreatywność i pomysłowość, która pozwalała przetrwać im w Polsce Ludowej, zaczęła procentować po upadku Żelaznej Kurtyny. Moje wyroby miały już wtedy wyrobioną i znaną markę. Budowaliśmy ją intuicyjnie, dbając nie tylko o jakość samych kosmetyków, ale również o wszystko, co jest z nimi związane – o opakowania, czy też, jak to dzisiaj nazwalibyśmy, o promocję – czyli np. produkcję papierowych torebek z logo i to wtedy, gdy nie mogliśmy zaspokoić popytu na nasze produkty. Wydawało się to nielogiczne i nikt wówczas tego nie robił na niedotowarowanym przecież rynku. W 1989 roku realia się zmieniły, ta zmiana przyniosła nowe perspektywy i nowe możliwości. W 1990 roku kupiliśmy działkę w Piasecznie. Ruszyła budowa nowego zakładu, do którego wprowadziliśmy się w 1993 roku. Wzięliśmy kredyt i kupiliśmy szwajcarskie, sterowane komputerowo maszyny i ciągi technologiczne. W ciągu kilku kwartałów sprzedaż wzrosła wielokrotnie i wreszcie mogliśmy zaspokoić potrzeby klientów. To już była inna rzeczywistość. Przedsiębiorca stał się wzorem do naśladowania. Jednocześnie pojawiła się nowa, doświadczona konkurencja: zagraniczne koncerny, którym marzyła się, tak jak to miało miejsce w innych krajach, błyskawiczna ekspansja i podbój rynku. W Polsce ten plan się nie powiódł. Minęło trzydzieści lat, a rodzimi producenci nadal kontrolują połowę rynku kosmetyków! Dla nas, dla całej gospodarki, przemiany były szansą. Trudną i wymagającą, ale zdecydowanie szansą. Jak widać wykorzystaną.

Zbudowała Pani imperium – nie tylko tworząc i sprzedając kosmetyki – najpierw w Polsce, a obecnie w ponad 50 krajach na całym świecie, ale także powołując do życia sieć hoteli SPA i salonów urody. Jakie przesłanki doprowadziły do powstania hoteli czy Kosmetycznych Instytutów Dr Irena Eris?

Kiedy zaczynaliśmy w 1983 roku postrzeganie społeczne biznesu, czyli wtedy tzw. „prywatnej inicjatywy”, było bardzo pejoratywne. Wiedziałam jednak, że taka jest cena za wolność i możliwość pracy „na swoim”. Zatrudniałam na początku jedną osobę, a po kilku latach – kilkanaście i mieliśmy z mężem świadomość, że tej niepisanej granicy, nie możemy żadną miarą przekroczyć. Aż przyszedł rok 1989. Okazało się, że to właśnie prywatny biznes ma być kołem zamachowym rozwoju ekonomicznego kraju. To my płacimy podatki, tworzymy miejsca pracy, a ja stałam się swoistego rodzaju ikoną gospodarki. Uwierzyliśmy w trwały rozwój, zbudowaliśmy własną fabrykę. No i wtedy pojawiła się w mojej głowie myśl o holistycznym podejściu do piękna. Pomyśleliśmy o trzech, uzupełniających się filarach działalności, dających pełne spektrum dbania o urodę i wygląd. Po pierwsze – zaoferowanie klientom kosmetyków detalicznych do codziennej pielęgnacji. Po drugie – profesjonalna usługa kosmetyczno-dermatologiczna, jaką stały się Kosmetyczne Instytuty. A trzeci filar to odpoczynek, czyli właśnie Hotele SPA. To było i jest naturalne rozwinięcie naszej działalności. Wówczas było to działanie absolutnie nowatorskie. Zanim jednak w ogóle powstał pierwszy projekt hotelowy, mieliśmy wyobrażenie o poziomie jakości i obsługi, który chcemy zaoferować. Wszystko musiało być spójne w naszym holistycznym świecie. Dziś oferta, którą dysponujemy jest szeroka, zróżnicowana i ciekawa. Nie ustępuje ona ofertom najlepszych światowych ośrodków SPA & Wellness.

{{ brizy_dc_image_alt uid='wp-45ac86b09283e24322a362f7788ad9a5' }}

Powiedziała Pani kiedyś: „Kreatywność jest niezwykle ważna. Jest to coś, co nas odróżnia od konkurencji. Sprawia, że jesteśmy liderem i wyznaczamy trendy (…) bez kreatywnego podejścia do biznesu po prostu znikniemy na rynku. Będziemy jedną z szarych firm, które egzystują, a nie rozwijają się. Nasza marka będzie słaba i nierozpoznawalna”. Co dla Pani kryje się pod pojęciem kreatywności w biznesie?

Zarówno na początku naszej działalności, jak i teraz mamy wpisane w DNA naszej strategii, że nigdy nie oglądamy się na konkurencję. Staramy się być pierwsi i wytyczać trendy. Wcześniej niż inni proponujemy nowe, innowacyjne produkty i usługi. Temu zawdzięczamy dzisiejszą pozycję rynkową. Efektem naszej działalności naukowo-badawczej są: innowacyjne, skuteczne i bezpieczne kosmetyki, publikacje naukowe w pismach fachowych, wystąpienia na kongresach w Polsce i za granicą. Posiadamy wiele własnych patentów i zgłoszeń patentowych. Jak widać, cały czas coś tworzymy, nie stoimy w miejscu. Chcę, byśmy nadal rozwijali się organicznie stawiając na najwyższą jakość i rozwój badań naukowych. Warto realizować marzenia, działać niesztampowo i wyprzedzać innych. To właśnie oznacza kreatywność.

Jak widzi Pani rolę i pozycję kobiet w świecie biznesu?

Nie rozdzielam kobiet i mężczyzn w biznesie. Uważam, że biznes rządzi się własnymi prawami i zarówno mężczyzna, jak i kobieta mogą z sukcesem go prowadzić. Uważam, że zależy to nie od płci, lecz od człowieka i jego predyspozycji. W prowadzeniu biznesu trzeba być przede wszystkim liderem, a lider powinien być obdarzony emocjami. Najważniejsza jest odpowiedzialność za podejmowane decyzje. Menadżer niezależnie od tego, czy jest kobietą czy mężczyzną musi mieć wizję; wiedzieć, dokąd chce iść, mieć pasję i umieć ją przekazywać. Często spotykam się z pytaniem, czy kobiety są lepszymi menadżerami niż mężczyźni. Czy płeć biologiczna wpływa w jakikolwiek sposób na zdolności przywódcze? Nie wydaje mi się. Wszystko zależy od charakteru człowieka, jego zdolności, umiejętności i zaangażowania.

{{ brizy_dc_image_alt uid='wp-63cc9e8236e63f7c499a5a78ca54990b' }}

{{ brizy_dc_image_alt uid='wp-f6c250eb23ee70f627e9a4f79010c875' }}

Rozmawiała Joanna Ellmann

Być może zainteresują Cię także…

100 km wpław przez Bałtyk

 

100 km wpław przez Bałtyk.

Rozmowa z Sebastianem Karasiem

Jako jedyny człowiek na Ziemi przepłynął wpław Bałtyk. 28 sierpnia 2017 roku, pokonał dystans 100 km z Kołobrzegu na wyspę Bornholm w ciągu 28 godzin i 30 min. Przepłynął również Kanał La Manche i zdobył 50 medali Mistrzostw Polski. Teraz chce zostać Mistrzem Świata w prestiżowych zawodach triathlonowych. 

{{ brizy_dc_image_alt uid='wp-75cb4af10bdee27d6966805fe5fdd3ea' }}

Czy po swoich pływackich osiągnięciach znalazłeś dla siebie nowe wyzwanie? Po tym jak przepłynąłeś 100 km, mówiłeś, że musisz pomyśleć co dalej. Będzie większy dystans?

Zmieniłem dyscyplinę na triathlon. Potrzebowałem czegoś, co będzie niezwykle ekscytujące, będzie wyzwaniem, do którego

mogę dążyć codziennie. Z jednej strony chciałem czegoś nowego, z drugiej nie widziałem już

sensu w wydłużaniu dystansów do pobicia.

Już samo przepłynięcie 100 km było wysoką poprzeczką. Jednak żeby coś robić trzeba po prostu chcieć, trzeba mieć cel, który jest inspirujący, coś do czego się dąży. To odnalazłem w triathlonie.

A czy nie jest tak, że przepłynięcie wpław Bałtyku, było zbyt dużym wyzwaniem i ryzykiem?

Oczywiście, taka próba była obarczona ryzykiem, chociażby dla zdrowia – w końcu niespanie i intensywny wysiłek przez 30 godzin ma swój wpływ na organizm. Ale triathlon to też nie jest rekreacja. Jeśli podchodzi się do tego poważnie, to codziennie organizm poddawany jest ciężkim próbom. Obciążenia są takie,

że balansuje się na granicy kontuzji.

Przecież wszędzie mówią, że sport to zdrowie!

Haha! To prawda, ale głównie ten rekreacyjny, kiedy trenujemy amatorsko. Profesjonalne uprawianie sportu na pewno ma lepsze skutki, niż leżenie na kanapie i picie piwa, ale niestety nie jest w 100 % zdrowe.

Jednak każdy sportowiec chce wykrzesać z siebie maksimum,często nie zwracając uwagi na skutki uboczne, chęć zwyciężania jest ogromna. Tak było przy pokonaniu wpław Bałtyku- wiedziałem, że jest

to niebezpieczne, jednak bardzo zależało mi na tym, aby zapisać się w historii jako pierwszy człowiek

na świecie, który przepłynie 100 km na Morzu Bałtyckim. I to było moją motywacją.

Sam mówisz, że cel jest najważniejszy. Jaki w takim razie jest Twój w 2019 roku?

Przede wszystkim wydłużyłem dystans. W zeszłym roku startowałem głównie na sprinterskim i Olimpijskim – czyli 1,5 km pływania, 40 km na rowerze i 10 km biegu. Jak na pierwszy rok w triathlonie poszło mi naprawdę dobrze. Nie chcę robić jednak wszystkiego od razu. Mam założoną perspektywę 3 lat – w 2020 roku chcę zdobyć tytuł Ironmana, ale z jak najlepszym wynikiem. Celuję w zrobienie całej trasy

w granicach 8h. Czy się uda? Czas pokaże. W tym roku cel jest jeden, osiągnąć jak najlepszy wynik

na dystansie połowy Ironmana, tj. 1,9 km pływania, 90 km jazdy na rowerze oraz 21 km biegu. Chcę to zrobić w ok. 3h i 55 min, co jest ambitnym zadaniem jak na człowieka, który w tej „branży” jest dopiero od roku. Jeżeli ten wynik da medal na Mistrzostwach Świata w mojej kategorii wiekowej, to będzie wyśmienicie.

Ze sportem jesteś jednak związany od dzieciństwa. Jak to wszystko się zaczęło?

Od zwyczajnych, rekreacyjnych wyjść rodzinnych na basen. Razem z bratem, jak to dzieciaki, musieliśmy oczywiście w trakcie zabawy rywalizować i się ścigać. Widział to ratownik, który od razu zauważył, że nieźle sobie radzimy. Miałem 8 lat kiedy zapisałem się na zajęcia w klubie sportowym. Pamiętam szkolne zawody, gdzie na dystansie 25 metrów wyprzedziłem wszystkich o połowę basenu. Czułem się jak ryba w wodzie. Dosłownie. Systematyczne odnoszenie sukcesów, nawet niewielkich, sprawia, że człowiek się nakręca

i motywuje. Do czasów, nazwijmy je – seniorskich, wszystko szło dobrze i we właściwym kierunku.

Coś jednak musiało się wydarzyć, skoro zamiast na Igrzyskach Olimpijskich znalazłeś się w Bałtyku,

gdzie nie liczył się czas tylko dystans?

Wydaje mi się, że nastąpiła pewna stagnacja. W czasach juniorskich biłem rekordy, zdobywałem medale

i mistrzostwa. Nie rozpatruję tego w kategorii winy, czy pretensji, ale mam wrażenie, że mogłem wybrać lepiej, jeśli chodzi o sztab szkoleniowy. Obecnie będąc starszym i bardziej doświadczonym zawodnikiem oraz trenerem, wiem, że nie do końca trenowałem tak jak powinienem. Nie zakwalifikowałem się na IO

w Londynie i właśnie wtedy pomyślałem, że spróbuję sił w pływaniu długodystansowym. Potrzebowałem dalej rywalizacji.

W ten sposób przepłynąłeś m.in. z Gdyni na Hel, pokonałeś Kanał La Manche i zabrałeś się za Morze Bałtyckie. Skąd pomysł akurat na to, by popłynąć wpław na Bornholm?

To dość prosta historia. Urodziłem się w Elblągu, stąd do naszego morza mam duży sentyment. Popatrzyłem na mapę i zobaczyłem, że to akurat z Kołobrzegu wyjdzie równe 100 km na Bornholm. Pomyślałem od razu, że można popłynąć jeszcze dalej, do Szwecji – 160 km, ale tego przecież jeszcze nikt nawet nie spróbował! Gdyby ktoś już pokonał trasę Kołobrzeg – Bornholm, pewnie nawet bym się nie zastanawiał i wybrał dłuższy dystans.

{{ brizy_dc_image_alt uid='wp-9043bdc2414b5a81227806cda09ca762' }}

Pierwsza próba się nie udała. Musiałeś przerwać ją ze względu na złe warunki pogodowe. Mimo to wróciłeś i zawalczyłeś ponownie. Jednak przez ponad 5 tygodni- dzień po dniu- musiałeś czekać na start

w ciągłej gotowości aż poprawi się pogoda.

Dla psychiki to chyba katorga?

Dzisiaj sam się zastanawiam jak to wszystko wytrzymałem. Chyba dlatego, że poświęciłem temu wyzwaniu 2 lata codziennej, ciężkiej pracy. To nie było jednak długie czekanie tylko dla mnie.Był ze mną cały czas sztab ludzi, jedni przyjeżdżali, inni wyjeżdżali, ale oni również czekali. Czułem mimo wszystko dużą presję, ponieważ zdarzały się sytuację, że w momencie gdy była ładna pogoda padały wciąż pytania: dlaczego nie płyniesz? Ja jednak potrzebowałem odpowiednich warunków przez 30 godzin,

a nie przez kilka. W końcu pojawiły się warunki

i mogłeś wypłynąć.

Kiedy płynie się bez odpoczynku przez ponad dobę muszą być chyba momenty kryzysowe? Jadłeś coś w ogóle?

Oczywiście. Miałem dwa poważne momenty kryzysowe, najpoważniejszy mniej więcej w połowie dystansu. Czułem, że mój żołądek przestał pracować, a ekipa, która płynęła obok mnie mówiła później, że byłem cały zielony na twarzy. Do tego momentu piłem rosół z makaronem i wszystko

było ok, jednak nagle pojawił się kryzys. Miałem straszny problem, by walczyć o kolejne metry.

Co się robi w takiej sytuacji? Telefon do dietetyka na pełnym morzu?

Na szczęście na pokładzie statku płynącego cały czas obok był ratownik, który dobrze zna mój organizm. Zaproponował by podano mi burgera- taki manewr sprawdził się już w kilku sytuacjach. Wołowe mięso świetnie zadziałało, poczułem przypływ mocy. Wyprzedzę twoje pytanie; tak, płynąc

da się jeść, karmili mnie nawet pizzą! Po prostu płyniesz wtedy na plecach, pracujesz nogami,

a rękami wydzielasz porcje jedzenia.

I tak zostałeś pierwszym- jak na razie jedynym człowiekiem na świecie, który przepłynął

wpław Bałtyk. Trenujesz od wielu lat po kilka, czasem kilkanaście godzin dziennie. Jak ma

się zmotywować Kowalski, który ma problem by ruszyć się dwa razy w tygodniu?

Brak czasu to tylko wymówka, zawsze można znaleźć 30 minut w ciągu dnia na ćwiczenie. Wcale

nie trzeba chodzić na basen czy siłownię. Dla zdrowotności dwa, trzy razy w tygodniu to nie problem.

Bardzo fajnie jest motywować się przez cel, np. start w zawodach, nawet kompletnie amatorskich. Mimo wszystko wtedy do czegoś dążymy, bo przecież chcemy wypaść jak najlepiej. Przyklejamy

na lodówce kartkę z datą zawodów lub np. liczbą kilogramów, które chcemy osiągnąć, a kartka nieustannie przypomina nam o tym. Ja np. wiem, że jak poddam się raz i odpuszczę, to łatwiej

będzie się poddać następnym razem. Dlatego nigdy tego nie zrobiłem. Polecam tę zasadę każdemu. Dawać z siebie 100%!

Rozmawiał Marcin Mazur

Być może zainteresują Cię także…

Leasing na nowych zasadach

Leasing na nowych zasadach

Od początku nowego roku obowiązują zmienione przepisy dotyczące sposobu rozliczania przez firmy kosztów podatkowych samochodów osobowych. Zmiany obejmują zarówno kwestie zakupu, używania jak i leasingu. Nowe przepisy budziły wiele kontrowersji, dlatego poniżej przedstawiamy najważniejsze zmiany oraz konkretne wyliczenia.

Do tej pory, przedsiębiorcy korzystający z leasingu operacyjnego, mogli uznawać całą ratę leasingową jako koszt uzyskania przychodu, niezależnie od wartości leasingowanego pojazdu oraz sposobu jego wykorzystywania- wyłącznie do celów służbowych lub w charakterze mieszanym. Firmy miały również możliwość odliczania całości kosztów eksploatacyjnych auta. Jedynie w przypadku podatku VAT istniały ograniczenia- przedsiębiorcy mogli odliczyć 100% podatku VAT od rat leasingowych w przypadku wykorzystywania pojazdów wyłącznie do celów służbowych, co wiązało się z koniecznością dokumentowania przebiegu pojazdu poprzez prowadzenie ewidencji. W przypadku użytkowania

w charakterze mieszanym, czyli do celów służbowych oraz prywatnych- istniała możliwość odliczania

50% podatku VAT.

NIE TYLKO LEASING

Warto zwrócić uwagę na fakt, iż zmiany przepisów dotyczą zarówno samochodów osobowych w leasingu operacyjnym, ale również nabywanych za gotówkę i w ramach umowy najmu czy dzierżawy.

{{ brizy_dc_image_alt uid='wp-c0a5b1c8f728685887190ea9231a6a59' }}

KOSZTY EKSPLOATACYJNE I UBEZPIECZENIOWE

{{ brizy_dc_image_alt uid='wp-616fe9a31d9d373fc0a6a5fa6cfcbb75' }}

Jeśli chodzi o koszty poniesione z tytułu ubezpieczeń samochodów osobowych, nie zostały one objęte limitem, ponieważ nie są zaliczane do kosztów eksploatacyjnych. W tym zakresie istnieje odrębna regulacja:

       

  • Obowiązkowe ubezpieczenie OC zaliczamy w koszty w całości, niezależnie od wartości pojazdu 

      

  • Ubezpieczenia dobrowolne (np. Autocasco, ubezpieczenie straty finansowej GAP)- może zostać zaliczone w całości, pod warunkiem, że wartość samochodu na polisie ubezpieczeniowej nie przekracza limitu

150 tys. zł   

    

  • Ubezpieczenie dobrowolne- może zostać zaliczone proporcjonalnie w zależności od wartości samochodu na polisie, jeśli wartość ta przekracza 150 tys. zł

ZASADA PROPORCJONALNOŚCI ROZLICZANIA KOSZTÓW

Zmiany wprowadzone ustawą wciąż budzą wątpliwości i bywają niejasne, zwłaszcza w przypadku zasady proporcjonalności rozliczania kosztów. Poniższe przykłady obrazują mechanizm działania zasady w przypadku leasingu operacyjnego.

{{ brizy_dc_image_alt uid='wp-66ecaf1d47955e079fe13ba309aeed1b' }}

Celem ustawodawcy, podczas prac nad projektem ustawy było zrównanie leasingu z innymi formami nabycia samochodu osobowego. Zostało to wprowadzone przez ujednolicenie limitu- kwalifikowania kosztów leasingu

operacyjnego do kwoty 150 tys. zł oraz zwiększenie kwoty amortyzacji możliwej do odliczenia- również

do kwoty 150 tys. zł. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że w przypadku finansowania zakupu nowego samochodu leasingiem operacyjnym, istnieje możliwość szybszego rozliczenia go w kosztach, aniżeli

w przypadku jego zakupu. Z czego to wynika? Kupując nowy samochód osobowy przy zastosowaniu metody liniowej amortyzacji, możemy całość kosztów rozliczyć w ciągu 5 lat (20% rocznie). W leasingu operacyjnym natomiast, możemy rozliczyć całość kosztów w okresie 3 lat, oczywiście, jeśli mieścimy się

w limicie 150 tys. zł w obu przypadkach.

Leasing samochodów osobowych nadal pozostaje atrakcyjną formą finansowania. Ważne jest, aby każdorazowo przeanalizować indywidualnie potrzeby oraz możliwe korzyści, rozpatrując różne warianty nabycia samochodu

osobowego. Warto również pamiętać o coraz bardziej popularnym wynajmie długoterminowym aut, który jest alternatywą dla klasycznego leasingu.

Katarzyna Hoffmann

Dyrektor Sieci Zewnętrznej Aureus

Być może zainteresują Cię także…