Rozmowa z dr Ireną Eris

Doktor farmacji, ikona przedsiębiorczości – założycielka Laboratorium Kosmetycznego Dr Irena Eris. Laureatka wielu nagród: Dama biznesu dziesięciolecia, 20. na liście najbardziej wpływowych kobiet w dziejach Polski, odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski – za wybitne zasługi dla rozwoju i promocji polskiej przedsiębiorczości.

Zdecydowała się Pani założyć własną firmę na początku lat 80- tych. Nie dość, że wtedy właściwie wszystkie przedsiębiorstwa były państwowe, to była Pani młodą kobietą – a to nawet

w 2019 rok nie ułatwia zadania. Jak zareagowała Pani rodzina

i znajomi, gdy dowiedzieli się, że rezygnuje Pani ze stabilnej pracy na etacie w zakładach Polfy

w Warszawie?

Byłam farmaceutką, mąż inżynierem. Mieliśmy swoje plany życiowe – zdecydowanie powiązane

z wykształceniem. Na początku naszego małżeństwa, w ogóle nie myśleliśmy o biznesie. O tym

w znacznej mierze przesądził zbieg okoliczności. Po studiach zaczęłam pracę w warszawskiej Polfie,

w Zakładzie Badawczo-Wdrożeniowym. Wydawało mi się, że będę tworzyć coś ciekawego, coś nowego. Miałam doktorat berlińskiego Uniwersytetu Humboldta, znałam dwa języki. Myślałam, że w tej firmie będę zdobywała świat, prowadziła zaawansowane badania, a spotkał mnie zawód. To była po prostu praca poniżej aspiracji. Czułam się niedowartościowana. Rozglądałam się więc za jakąś inną pracą.

W Polfie mówiono mi, że jeśli cokolwiek pójdzie nie tak, oni chętnie znów mnie do siebie przyjmą. Czyli można powiedzieć, że istniał plan B– jeśli cokolwiek pójdzie nie tak, miałam gdzie wrócić. W jakimś stopniu to uspokajało w podjęciu decyzji, tym bardziej, że wspierał mnie też mąż. Z jednej strony bardzo chciałam w końcu robić coś z pasją i rozwijać się, z drugiej – była w nas spora obawa, że może robimy sobie niepotrzebne nadzieje? Część znajomych nas podziwiała i trzymała kciuki, ale wielu też mówiło wprost, że nigdy by się na taki ruch nie zdecydowali. Choć też nie było tak, że jednego dnia zwolniliśmy się z pracy oboje. Najpierw ja odeszłam z Polfy. Gdy rozpoczynałam własną działalność, mąż jeszcze przez jakiś czas pracował w ministerstwie. Mieliśmy siedmioletnie dziecko, więc musieliśmy z czegoś żyć – nie sposób było przewidzieć, czy ta nowa działalność nam się rzeczywiście rozwinie, tak jak tego pragnęliśmy. Mąż od początku, już po godzinach, pomagał w tym, na co mi, zajętej całe dni

w laboratorium nie starczało czasu – wspierał mnie m.in. w załatwianiu spraw formalnych w urzędach, zajmował się sprzedażą do sklepów tego, co wyprodukowałam. Ta firma rodziła się z marzeń

i podskórnie czuliśmy, że nam się uda.


W jaki sposób przeprowadziła Pani firmę z czasów socjalizmu do kapitalizmu? To przecież system, którego my z autopsji właściwie nie znaliśmy. Czy te przemiany gospodarcze odbierała Pani jako szansę, czy zagrożenie?

PRL był w ramach RWPG głównym producentem kosmetyków. Spora część produkcji państwowych Fabryk Zjednoczenia „Pollena” trafiała przecież do krajów ościennych. Mieliśmy niezłych specjalistów i know-how. No i chłonny, ale z wielkimi niedoborami rynek. Wśród Polek powszechna była świadomość, że dbanie o dobrą kondycję skóry jest istotne, a krem jest czymś w rodzaju produktu pierwszej potrzeby. PRL zahartował polskich, prywatnych przedsiębiorców. Kreatywność i pomysłowość, która pozwalała przetrwać im w Polsce Ludowej, zaczęła procentować po upadku Żelaznej Kurtyny. Moje wyroby miały już wtedy wyrobioną i znaną markę. Budowaliśmy ją intuicyjnie, dbając nie tylko o jakość samych kosmetyków, ale również o wszystko, co jest z nimi związane – o opakowania, czy też, jak to dzisiaj nazwalibyśmy, o promocję – czyli np. produkcję papierowych torebek z logo i to wtedy, gdy nie mogliśmy zaspokoić popytu na nasze produkty. Wydawało się to nielogiczne i nikt wówczas tego nie robił na niedotowarowanym przecież rynku. W 1989 roku realia się zmieniły, ta zmiana przyniosła nowe perspektywy i nowe możliwości. W 1990 roku kupiliśmy działkę w Piasecznie. Ruszyła budowa nowego zakładu, do którego wprowadziliśmy się w 1993 roku. Wzięliśmy kredyt i kupiliśmy szwajcarskie, sterowane komputerowo maszyny i ciągi technologiczne. W ciągu kilku kwartałów sprzedaż wzrosła wielokrotnie i wreszcie mogliśmy zaspokoić potrzeby klientów. To już była inna rzeczywistość. Przedsiębiorca stał się wzorem do naśladowania. Jednocześnie pojawiła się nowa, doświadczona konkurencja: zagraniczne koncerny, którym marzyła się, tak jak to miało miejsce w innych krajach, błyskawiczna ekspansja i podbój rynku. W Polsce ten plan się nie powiódł. Minęło trzydzieści lat, a rodzimi producenci nadal kontrolują połowę rynku kosmetyków! Dla nas, dla całej gospodarki, przemiany były szansą. Trudną i wymagającą, ale zdecydowanie szansą. Jak widać wykorzystaną.


Zbudowała Pani imperium – nie tylko tworząc i sprzedając kosmetyki – najpierw w Polsce, a obecnie w ponad 50 krajach na całym świecie, ale także powołując do życia sieć hoteli SPA i salonów urody. Jakie przesłanki doprowadziły do powstania hoteli czy Kosmetycznych Instytutów Dr Irena Eris?


Kiedy zaczynaliśmy w 1983 roku postrzeganie społeczne biznesu, czyli wtedy tzw. „prywatnej inicjatywy”, było bardzo pejoratywne. Wiedziałam jednak, że taka jest cena za wolność i możliwość pracy „na swoim”. Zatrudniałam na początku jedną osobę, a po kilku latach – kilkanaście i mieliśmy z mężem świadomość, że tej niepisanej granicy, nie możemy żadną miarą przekroczyć. Aż przyszedł rok 1989. Okazało się, że to właśnie prywatny biznes ma być kołem zamachowym rozwoju ekonomicznego kraju. To my płacimy podatki, tworzymy miejsca pracy, a ja stałam się swoistego rodzaju ikoną gospodarki. Uwierzyliśmy w trwały rozwój, zbudowaliśmy własną fabrykę. No i wtedy pojawiła się w mojej głowie myśl o holistycznym podejściu do piękna. Pomyśleliśmy o trzech, uzupełniających się filarach działalności, dających pełne spektrum dbania o urodę i wygląd. Po pierwsze – zaoferowanie klientom kosmetyków detalicznych do codziennej pielęgnacji. Po drugie – profesjonalna usługa kosmetyczno-dermatologiczna, jaką stały się Kosmetyczne Instytuty. A trzeci filar to odpoczynek, czyli właśnie Hotele SPA. To było i jest naturalne rozwinięcie naszej działalności. Wówczas było to działanie absolutnie nowatorskie. Zanim jednak w ogóle powstał pierwszy projekt hotelowy, mieliśmy wyobrażenie o poziomie jakości i obsługi, który chcemy zaoferować. Wszystko musiało być spójne w naszym holistycznym świecie. Dziś oferta, którą dysponujemy jest szeroka, zróżnicowana i ciekawa. Nie ustępuje ona ofertom najlepszych światowych ośrodków SPA & Wellness.

Powiedziała Pani kiedyś: „Kreatywność jest niezwykle ważna. Jest to coś, co nas odróżnia od konkurencji. Sprawia, że jesteśmy liderem i wyznaczamy trendy (…) bez kreatywnego podejścia do biznesu po prostu znikniemy na rynku. Będziemy jedną z szarych firm, które egzystują, a nie rozwijają się. Nasza marka będzie słaba i nierozpoznawalna”. Co dla Pani kryje się pod pojęciem kreatywności w biznesie?

Zarówno na początku naszej działalności, jak i teraz mamy wpisane w DNA naszej strategii, że nigdy nie oglądamy się na konkurencję. Staramy się być pierwsi i wytyczać trendy. Wcześniej niż inni proponujemy nowe, innowacyjne produkty i usługi. Temu zawdzięczamy dzisiejszą pozycję rynkową. Efektem naszej działalności naukowo-badawczej są: innowacyjne, skuteczne i bezpieczne kosmetyki, publikacje naukowe w pismach fachowych, wystąpienia na kongresach w Polsce i za granicą. Posiadamy wiele własnych patentów i zgłoszeń patentowych. Jak widać, cały czas coś tworzymy, nie stoimy w miejscu. Chcę, byśmy nadal rozwijali się organicznie stawiając na najwyższą jakość i rozwój badań naukowych. Warto realizować marzenia, działać niesztampowo i wyprzedzać innych. To właśnie oznacza kreatywność.


Jak widzi Pani rolę i pozycję kobiet w świecie biznesu?


Nie rozdzielam kobiet i mężczyzn w biznesie. Uważam, że biznes rządzi się własnymi prawami i zarówno mężczyzna, jak i kobieta mogą z sukcesem go prowadzić. Uważam, że zależy to nie od płci, lecz od człowieka i jego predyspozycji. W prowadzeniu biznesu trzeba być przede wszystkim liderem, a lider powinien być obdarzony emocjami. Najważniejsza jest odpowiedzialność za podejmowane decyzje. Menadżer niezależnie od tego, czy jest kobietą czy mężczyzną musi mieć wizję; wiedzieć, dokąd chce iść, mieć pasję i umieć ją przekazywać. Często spotykam się z pytaniem, czy kobiety są lepszymi menadżerami niż mężczyźni. Czy płeć biologiczna wpływa w jakikolwiek sposób na zdolności przywódcze? Nie wydaje mi się. Wszystko zależy od charakteru człowieka, jego zdolności, umiejętności i zaangażowania.


Rozmawiała Joanna Ellmann

Być może zainteresują Cię także…